Mieszkałem w chacie osadniczej wysoko w górach. Ale raz na jakiś czas schodziłem do osady na zakupy, i czasem łapać pstrągi. Niżej, bliżej osady, kręciły się te większe.

Jednego dnia doszedłem prawie do osady, bo nic się jakoś nie łapało. I bam, wyciągam dwufunciaka. Prawdziwego przyjaciela obiadowej godziny - tęczowego. Zdecydowałem, że zjem go z grilla.

Odjąłem stworzeniu życie jak mogłem najbezboleśniej, przez przecięcie nożem kręgosłupa tuż za głową, i sięgnąłem po torbę. W tym momencie pojawili się dwaj lokale. I gdy ja stoję z rybą w jednym ręku, torbą w drugim, oni się gapią.

Odzywa się jeden:

- Ja go miałem osiem razy. Ile razy ty go miałeś, Rick?

Rick:

- Więcej niż osiem, Al.

Chcą, żebym się bał.

Rick:

- To jest posiadłość prywatna.

- Nie ma znaku - ja.

- Znak jest tam, koło mostu - Al.

- Przyszedłem od lasu - ja.

- Masz kartę wędkarską? - Al.

- Masz prawo ją sprawdzić? - ja.

- To jest posiadłość prywatna - Rick.

- Strumień nie jest posiadłość prywatna - ja.

- Brzeg jest - Al.

- Brzeg nie ma znaku - ja.

- Znak jest tam - Rick.

- Stąd nie widać - ja.

Ale co, ryba już nieboszczyk. Pstrąg nieżywy jak stół. Już nie rzuci się za błystką czy muchą po raz dziewiąty. Czy więcej niż dziewiąty w przypadku Ricka...

Chłopaki nie mieliby nic przeciwko żeby mnie stuknąć, z raz czy dwa. I stuknęliby pewnie, gdybym się bał. I mieliby rację - gdybym się bał. Prawo przewagi lokalności nad racją, gdy rację oblatuje strach.

A tak, to miałem dobrego grilla, i jeszcze jedno powiem. Po co męczyć te biedne ryby, chcesz zjeść, złów i zjedz. Ale łapać, wypuszczać, łapać, wypuszczać? Kiedy miałem sześć lat, robiłem to z karasiami w beczce. Ale duży chłop?

Morał tej historii jest taki: Kto obraża się na Salon24 i niepopytowy na własnej stronie wraca taka i jego intelektualna dla Polski praca.